Wyszukiwarka

Kolejne spotkanie

 
12.12.2019r.
Spotkanie grupy starszej po Mszy św. wieczornej w "Klubie". ZAPRASZAMY!

16.12.2019r.
Spotkanie grupy młodszej po Mszy św. wieczornej w "Klubie".
Spotkanie grupy dziecięcej.











 

Ks. Andrzej Buczel






Ks. Andrzej Buczel (1951-1994) - apostoł konfesjonału 

(współzałożyciel RRN)


       Był doktorem nauk humanistycznych z zakresu psychologii. Wykładał w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym, Prymasowskim Instytucie Życia Wewnętrznego i Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Był kierownikiem duchowym wielu kapłanów i licznych świeckich z całej Polski, a także z zagranicy.

Zmarłego kapłana wspomina ks. kan. Władysław Nowicki, proboszcz parafii pw. św. Franciszka z Asyżu, na warszawskim Okęciu. W parafii tej ks. Buczel był przed swoją śmiercią rezydentem. Oto niektóre jego wypowiedzi:

"Był apostołem konfesjonału. Wyróżniał się tym, że łowił dusze przez konfesjonał. Miał charyzmat do pracy indywidualnej: konfesjonał, rozmowy duszpasterskie... Łowił dusze dla Chrystusa, nie dla siebie. Nie szukał własnych korzyści, był typem ojca duchownego, który wymaga miłością ojcowską. Czasem między nami iskrzyło, ale im bardziej podnosiłem głos, tym bardziej on cichł, przyjmował wszystko na siebie. Andrzej potrafił to, był bardzo łagodny i spokojny. Jego postawa pobudzała mnie do refleksji i sam łagodniałem. Emanowała z niego wewnętrzna cisza, spokój. Miał taki dar."

Na pewno ważną osobą dla Andrzeja był ks. Tadeusz Dajczer(założyciel RRN). Traktował go jak swojego kierownika duchowego. Był pod jego dużym wrażeniem. Być może sposób działania tego kapłana, niespektakularny, cichy, jego erudycja odpowiadały osobowości Andrzeja. Myślę, że nawet te cechy od ks. Tadeusza Dajczera przejął. Działanie w RRN, oprócz pracy w seminarium, było charyzmatem.

"Są kapłani, którzy przywiązują do siebie, Andrzej przywiązywał do Boga. Ludzie, którymi się opiekował, po otrząśnięciu się po jego śmierci, czynnie uczestniczą w życiu parafii, nadal wzrastają w wierze."

(Magazyn-Słowo Dziennik Katolicki, 14 -17 kwietnia1995)

 



Świadectwa o ks. Andrzeju:
 

Cudowna interwencja

Do wspólnoty RRN weszłam ok. 30 lat temu. Poznałam tu ks. Andrzeja Buczela, który kilka lat był moim kierownikiem duchowym. Jednak po zamążpójściu przestałam korzystać z tego daru. Przestałam też uczestniczyć w spotkaniach ruchowych. Jedyny kontakt jaki mi pozostał to duchowy przez modlitwę różańcową i śp. ks. Andrzejem, a szczególnie przez list, który kiedyś do mnie napisał… Dziś chcę dać świadectwo o jego cudownej interwencji.
Trzy lata temu usłyszałam wynik badania stawu biodrowego: biodro do wymiany. Początkowo choroba rozwijała się łagodnie, ale z każdym dniem objawy pogłębiały się: sztywność, wielki ból, bezsenność i pytanie co robić? Pomocy szukałam w modlitwie,  nieustannie towarzyszyły mi słowa modlitwy „Ojcze Nasz” – bądź wola Twoja. Moje myśli były przy Maryi i przy słowach listu o. Andrzeja Buczela, mojego kierownika duchowego sprzed 28 lat. Jego słowa, żeby nie liczyć na własne siły , nie bać się bezradności, być jak dziecko i oddać wszystko w ręce Maryi dodawały mi otuchy i były siłą , która sprawiała, że nie poddawałam się. Moim pragnieniem było więc przeżyć to cierpienie z wiarą i miłością. O pomoc prosiłam o. Andrzeja.
List o. Andrzeja adresowany do mnie 28 lat temu  otwierałam  zawsze w chwilach trudnych : cierpienie, zwątpienie, słabości fizyczne, duchowe… Teraz stał się dla mnie swoistą „relikwią”, czułam obecność o. Andrzeja i byłam przekonana, że on pomoże mi podjąć decyzję i przeprowadzi mnie przez to trudne doświadczenie. Poddałam się operacji. Byłam spokojna, operacja przebiegła sprawnie, przez cały pobyt w szpitalu czułam obecność o. Andrzeja. Wierzę, że wstawił się za mną do Boga. Dziś po kilku miesiącach czuję się bardzo dobrze, minął ból, stanęłam znowu na nogi, mogę chodzić i wracam do pełnej sprawności. Okres pobytu w szpitalu i dochodzenia do zdrowia  to czas moich „rekolekcji”, wejścia do wnętrza swej duszy, którą zaniedbałam. Jestem bardzo wdzięczna za ten czas cierpienia. Dziękuję Ci Boże, że wysłuchałeś prośby takiej grzesznicy. To prezent od Kogoś, kto zupełnie zmienił moje życie i sprawił, że na nowo nabrało sensu . Dziękuję Ci o. Andrzeju.
                                                                                    Grażynka



Spowiedź u ks. Andrzeja

          Wraz z przyjściem do Ruchu Rodzin Nazaretańskich otrzymałam dar kierownictwa duchowego w osobie ks. Andrzeja Buczela. Ks. Andrzej był jednocześnie moim spowiednikiem, pomagał mi odkrywać bezmiar Bożej miłości i miłosierdzia. Każda spowiedź u niego była przeze mnie oczekiwana i upragniona, czułam ojcowskie prowadzenie i otrzymywałam potrzebne rady.
         Podczas jednej ze spowiedzi o. Andrzej powiedział mi coś czego nie zrozumiałam. Po odejściu od konfesjonału usiadłam w ostatniej ławce kościoła (aby ks. nie mógł mnie zobaczyć) i kryjąc twarz w dłoniach płakałam. W swoim żalu, zagubieniu i bezradności zwróciłam się do Matki Bożej o pomoc. Prosiłam: " Maryjo, pomóż mi, bo nawet kierownik duchowy mnie nie rozumie". Byłam w tak ogromnym bólu serca, że wszystko wydawało  się bez sensu, straciłam chyba poczucie czasu i tak trwając poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Była to dłoń o. Andrzeja, który właśnie zapraszał mnie na rozmowę. Oczywiście rozmowa dotyczyła tego mojego problemu. Radość moja była wielka. Uświadomiłam sobie jak bardzo jestem umiłowanym dzieckiem Boga skoro postawił na mojej drodze tak mądrego i świętego kapłana, abym się nie zagubiła idąc za Jezusem.
      Rozmowa z o. Andrzejem jeszcze bardziej otworzyła mnie na kierownictwo duchowe i na wspólnotę RRN, w której ten dar otrzymałam. Boże, uwielbiam Cię i dziękuję za życie i kapłaństwo o. Andrzeja Buczela.
Henia

 

Dokąd pójdziesz..?

           Przed wstąpieniem do Ruchu Rodzin Nazaretańskich daleko byłam od Pana Boga. Myślałam, że jest Bogiem surowym, który karze za zło. Nie lubiłam chodzić do spowiedzi, bo zawsze czułam lęk i nie byłam z niej zadowolona. Spowiadałam się z moich grzechów, a to co mnie dręczyło  spowiednikowi nie wyznawałam. Nie czytałam Pisma Św., nie odmawiałam różańca. O swojej świętości nawet nie myślałam. Uważałam , że ludzie święci rodzą się święci. Taki grzesznik jak ja nie mógł nigdy zostać osobą świętą. Miałam skrzywiony obraz Boga.
          Gdy wstąpiłam w 1986 r. do Ruchu Rodzin Nazaretańskich zaczęłam zupełnie inaczej myśleć o Bogu. Najistotniejszym był fakt, że szybko otrzymałam kierownictwo duchowe u ojca Andrzeja Buczela. Wywarł on na mnie ogromne wrażenie. Spowiedź u niego była zupełnie inna jak do tej pory. Oprócz moich grzechów mogłam wyznać o. Andrzejowi  to, co mnie boli i dręczy moją duszę. W czasie rozmów o. Andrzej uświadomił mnie, że ja też mogę zostać świętą. Bardzo kochał Matkę Bożą i Boga. Zawsze wyciszony i łagodny, nawet uśmiechnięty w czasie cierpienia. Nie da się opisać słowami jak Bóg działał przez o. Andrzeja.
          Do spowiedzi do o. Andrzeja jeździłam do 1994 roku pokonując co miesiąc 400 kilometrową trasę pociągiem. Czasami w pociągu był taki tłok, że trzeba było pół drogi stać na korytarzu. Ale to mnie nie zrażało. Najbliżsi nie mogli zrozumieć po co ja jadę tyle kilometrów do spowiedzi. Przecież tyle jest księży na miejscu. Czasami zabierałam swoje dzieci, które chętnie jeździły ze mną. Syn był po I Komunii Św. i był zachwycony spowiedzią u o. Andrzeja.
          Mój mąż w tym czasie przebywał za granicą. Gdy wrócił zaproponowałam mu wspólny wyjazd do Warszawy do spowiedzi. Chętnie pojechał. Jednak bardzo długa kolejka do konfesjonału do o. Andrzeja przeraziła go. Zaczął się niecierpliwić. Naprzeciwko spowiadał inny ksiądz, u którego nie było dużo ludzi. Mój mąż postanowił, że wyspowiada się u niego. To mnie przeraziło. Zaczęłam się modlić i wtedy ten ksiądz wyszedł, a mój mąż wyspowiadał się u ojca Andrzeja.
          W moim życiu były też trudne okresy. Mężowie moich koleżanek wstępowali do Ruchu Rodzin Nazaretańskich a mój nie. Tyle modliłam się w tej intencji, a tu nic. Zaczęłam buntować się na Boga, że jestem do niczego, nie umiem się modlić, jestem słabej wiary. Bardzo wtedy cierpiałam. Postanowiłam, że odejdę z Ruchu Rodzin Nazaretańskich. Przy najbliższej spowiedzi przedstawiłam całą sytuację ojcu Andrzejowi i powiedziałam mu, że odchodzę. Ojciec spokojnym, wyciszonym głosem powiedział mi: „ a dokąd pójdziesz”. Nigdy nie zapomnę tych słów. Jestem 30 lat w  Ruchu Rodzin Nazaretańskich i jestem dalej bez męża. Ale już tak głęboko nie przeżywam tej sytuacji. Może mój mąż ma inną drogę do świętości.
          Pamiętam jak ojciec Andrzej powiedział mi, że będę cierpiała. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo byłam wtedy młodą żoną i matką. Wszystko miałam poukładane. Cierpienie przyszło później.
           Przed śmiercią ojciec Andrzej wskazał mi innego księdza na spowiednika. Do dzisiaj jest on moim spowiednikiem duchowym.
           Dziękuję Panu Bogu, że na mojej drodze życia postawił takiego głęboko wierzącego kierownika duchowego jakim był ojciec Andrzej.
Ewa 



Mój kierownik duchowy

            Ojca Andrzeja Buczela poznałam w 1989r. Miałam wtedy 29 lat, męża i dwójkę małych dzieci. Do kościoła chodziliśmy z mężem w niedzielę, nie bardzo rozumiejąc o co tak naprawdę chodzi podczas mszy św. O Panu Bogu nie rozmawialiśmy w ogóle, był to dla nas temat „tabu”. Wtedy zapragnęłam poznać bardziej swoją wiarę, poczytać Biblię, lub inne mądre książki, aby zdecydować czy ma to jakiś sens.             
 
           Wówczas znajoma zaprosiła mnie na spotkanie małej grupki spotykającej się przy kościele. Była to nowo powstająca wspólnota Ruchu Rodzin Nazaretańskich. Zaproszono mnie, abym przychodziła na spotkania w każdą środę oraz na mszę św., która poprzedzała spotkanie. Nieobowiązkowa msza święta w środku tygodnia wydawała mi się wtedy stratą czasu, dlatego początkowo przychodziłam na same spotkania, które były dla mnie ciekawe. Początkowo termin spotkań nie odpowiadał mi, ze względu na próbę zespołu wypadającą w tym samym czasie. Animatorka, która jeździła już do Warszawy do O. Andrzeja spytała, czy przełożyć termin spotkań ze względu na mnie. O. Andrzej powiedział jej wtedy, że „dla nawrócenia jednej osoby warto przełożyć termin spotkania”. Przełożono je specjalnie dla mnie.
 
            Na spotkaniach tych dowiedziałam się m.in., że istnieje coś takiego jak „kierownictwo duchowe” oraz o wyjątkowym kapłanie z Warszawy, który pełni taką posługę. Był nim O. Andrzej Buczel. Zachęcona przez inne osoby, wybrałam się więc na pierwszą spowiedź do Ojca, nie znając go w ogóle, z prośbą o kierownictwo duchowe. O. Andrzej posługiwał wtedy w parafii w Zegrzu k. Warszawy. Kolejka do spowiedzi była długa, a ojciec zachęcał osoby oczekujące do wytrwałej modlitwy. Do spowiedzi przystąpiłam wtedy ok. 2 lub 3 godziny w nocy. O. Andrzej spytał mnie o motywy mojego wstąpienia do RRN. Odpowiedziałam, że „na spotkaniach dowiedziałam się o tym, iż każdy najzwyklejszy nawet człowiek może zostać świętym. Ta idea bardzo mi się podobała i postanowiłam spróbować zostać świętą. Jeśli mi się to nie uda, to zrezygnuję ze wspólnoty. Ojciec uśmiechnął się tylko i ze swoim charakterystycznym spokojem i cierpliwością tłumaczył mi istotę świętości.
            O. Andrzej był człowiekiem bardzo łagodnym i spokojnym. Nigdy nie  widziałam, aby był podenerwowany lub poirytowany. Swoimi trafnymi pytaniami potrafił zmusic mnie do głębszej refleksji nad sobą i moją relacją z P. Bogiem. Był wymagający, ale nigdy do niczego nie zmuszał, jedynie proponował. To on był pierwszym kapłanem w moim życiu, który dotarł do mnie z wielką  mocą i prawdą o tym, że P. Bóg mnie bardzo kocha. Przypominał mi o tym podczas każdej spowiedzi św. Bardzo stanowczo mówił mi też o tym, jak ranię P. Jezusa bagatelizując sobie niektóre grzechy. Uczył mnie także miłości i zaufania do Matki Bożej. Dlatego też do każdej spowiedzi św. do O. Andrzeja jeździłam bardzo chętnie, mimo różnych przeszkód, również materialnych (byłam wtedy na urlopie wychowawczym). Każda spowiedź u O. Andrzeja była spotkaniem się z wielką miłością Boga, poruszającą mnie do łez. Do Rzeszowa wracałam jak „na skrzydłach”. Mąż zawsze się dziwił, dlaczego jestem taka radosna po przyjeździe z Warszawy. O. Andrzej zachęcał mnie (w miarę możliwości) do częstej Eucharystii w ciągu tygodnia, uczył oczekiwać na nią. Podkreślał, jak ważne jest to oczekiwanie na spotkanie z samym Bogiem. Stopniowo uczył i zachęcał do modlitwy medytacyjnej i też różańcowej. Starałam się być posłuszną wskazówkom mojego kierownika duchowego.
Męża jednak zaczęły drażnić moje praktyki religijne, raz nawet zrobił mi awanturę. Mnie z kolei było szkoda, że mąż nie doświadcza tej samej radości i tych odkryć duchowych, których ja doświadczałam. Spytałam wtedy O. Andrzeja co zrobić, aby mąż wstąpił do „Ruchu”. O. Andrzej odpowiedział: „mąż wstąpi do „Ruchu”, kiedy ty staniesz się pokorna”. Wzięłam sobie poważnie do serca te słowa.
Na miarę moich ówczesnych wyobrażeń o pokorze, starałam się jak tylko mogłam być pokorną. Nie kłóciłam się o to, kto ma posprzątać, zmyć naczynia po obiedzie, kto jest bardziej zmęczony itp.
Zbliżały się wakacje, a wraz z nimi kolejne rekolekcje RRN, które do tej pory przeżywałam sama z dziecmi. Mąż nie chciał w nich uczestniczyć. Zapragnęłam, aby tym razem wybrał się z nami. Modliłam się w tej intencji. Jednak zaczęły piętrzyć się trudności u mnie w pracy. Spytałam sięc O. Andrzeja co powinnam zrobic. Odpowiedział, że „rekolekcje to szczególny czas Łaski Bożej i powinnam zrobic wszystko co w mojej mocy, aby na nie pojechac”. Posłuchałam się O. Andrzeja i załatwiłam sobie w pracy dni wolne. Spytałam męża, czy nie zechciałby pojechać z nami ze względu na dzieci. Ku mojemu zdziwieniu mąż zgodził się. Postawił jednak warunek, że tylko na 2 dni, oraz, że nie będzie uczestniczył w spotkaniach i wszystkich modlitwach. Mimo tych warunków ucieszyłam się bardzo.
Mąż dotarł do nas na rekolekcje zabierając ze sobą książkę do brydża, rozmówki z j. angielskiego i kasety z muzyką do słuchania. Ponieważ mój kierownik duchowy O. Andrzej uczył mnie niestrudzenie zawierzać wszystko Matce Bożej, tak też czyniłam. Mimo mojego zakłopotania i obaw o to, że mąż nie będzie umiał odnaleźc się na rekolekcjach (ja sama również byłam w strachu o swoją „reputację” w oczach znajomych), ufałam M. Bożej. Wierzyłam, że to Ona przyjdzie z pomocą. Tak też się stało. Mąż przyszedł na wieczorne spotkanie, zaproszony przez animatorkę na kawę. Okazało się, że poruszone tematy tak bardzo go zainteresowały, że zadawał dużo pytań, a spotkanie dość mocno się przedłużyło. Na drugi dzień zdecydował, że zostaje do końca rekolekcji, a po rekolekcjach zdecydował, że zostaje ze mną we wspólnocie. Podzieliłam się tą radosną wiadomością z O. Andrzejem. Bardzo się z tego powodu ucieszył, ale mojego męża już nie poznał. O. Andrzej był w tym czasie już bardzo chory i cierpiący. Niedługo zmarł...
           Jestem przekonana, że to właśnie temu świętemu kapłanowi, jego modlitwom, cierpieniu oraz wielu godzinom poświęconych w konfesjonale, zawdzięczam nawrócenie moje i mojego męża. Obydwoje z mężem jesteśmy do tej pory w RRN. P. Bóg i wspólnota bardzo umocniły naszą więź małżeńską, zmieniły radykalnie nasze spojrzenie na wiarę, rodzinę, świat i ludzi. Mamy trójkę dorosłych już dzieci, doczekaliśmy się zięcia i wnuczki. Nie wiem jak potoczyłyby się losy naszej rodziny, małżeństwa, jak wyglądałaby nasza wiara i relacje z P. Bogiem, gdyby nie moje spotkanie z O. Andrzejem Buczelem. Dzięki Niemu zawierzyliśmy nasze życie Matce Bożej, a dzięki Niej mogliśmy przeżyć spokojnie wiele, zwłaszcza trudnych dni w życiu.
Marzena



Nie sprawiać kłopotu...

           Zawsze, kiedy byłam posłuszna Ojcu Andrzejowi, wychodziło to na dobre mnie oraz mojej rodzinie.Jeden raz nie posłuchałam się Ojca Andrzeja i znalazłam się w opałach. Przebywając na wakacjach na wsi, koło Zamościa, wybrałam się do spowiedzi do o. Andrzeja do Warszawy. Po zakończonej spowiedzi, wczesnym popołudniem, Ojciec spytał, czy będę mogła spokojnie dotrzeć na miejsce. Kilka razy sugerował, abym zatrzymała się na noc u znajomych z warszawskiej wspólnoty. Ja nie chcąc sprawiać kłopotu odmówiłam proponowanej pomocy, mimo iż miałam  wątpliwości co do bezpiecznego powrotu. Później okazało się, że autobus dowiózł mnie do Zamościa na dworzec dopiero o 24 w nocy. Padało, było ciemno, a ja nie miałam się gdzie podziać. Na dworcu oprócz czterech podejrzanych typów nie było już nikogo. Bałam się i modliłam. Dyżurny zaczął zamykać dworzec, a ja przerażona błagałam go, aby pozwolił mi zostać. Całą noc przesiedziałam na ławce z niecierpliwością oczekując pierwszego autobusu. Żałowałam, że nie posłuchałam się mojego kierownika duchowego.
Marzena


Spodobał mi się różaniec...
 
           Księdza A. Buczela poznałam 27 - 28 lat temu tj: w 1987/1988 roku. Pierwszego spotkania dokładnie nie pamiętam. Wiem tylko na pewno że był to dla mnie wielki dar od Pana Boga. Zaczęło się wszystko, gdy przeżywałam bardzo trudne chwile. Szukałam wsparcia i pomocy w Kręgach Kościoła Domowego. Chciałam wstąpić w szeregi tej grupy. Ze względu na charakter wspólnoty (musi być mąż i żona) odmówiono mi. Niedługo potem przyszła do mnie osoba ze Świadków Jehowy i przekonywała o swoich racjach. Moje problemy i trudności nasilały się. Pewnego wieczoru poszłam do naszej parafii na film, zamiast czego trafiłam do salki w której trwało spotkanie RRN. Kiedy chciałam się wycofać jedna z uczestników powiedziała - zostań. Zachwyciło mnie to, że grupa odmawiała różaniec, potem czytała tekst i usłyszałam świadectwa. Było inaczej niż wszędzie dookoła. Nie rozmawiali o zakupach, pracy, pieniądzach, plotkach tylko o tym jak Pan Bóg działa w ich życiu na podstawie przeczytanego tekstu. Dowiedziałam się o spotkaniach w kościele w Wilanowie oraz o spowiedziach odbywających się u kierowników duchowych. Byli nimi wówczas ks. T. Dajczer i ks. A. Buczel.
            Na temat kierownictwa duchowego nie wiedziałam nic. Otworzyły mi oczy dopiero teksty Ojca Maksymiliana Kolbe. Po niedługim czasie poprosiłam o kierownictwo duchowe ks. Andrzeja. Zgodził się. Spowiedzi odbywały się systematycznie - ok. raz w miesiącu. Jeździłam do Warszawy do dzielnicy Zerzeń. Ojciec Andrzej bez względu na porę wychodził ze swojego pokoju i prosił kolejną osobę. Zawsze spokojny, z dobrotliwym uśmiechem, cierpliwy. Spowiadał, spowiadał i spowiadał bez zmęczenia. Zawsze kończył słowami: "Pan Jezus bardzo Cię kocha idź w pokoju". To były ogromne łaski dla mnie. Czasem zostawałam i nocowałam w Warszawie u osób z RRN. Zwykle jednak spieszyłam się do domu. Po jednej ze spowiedzi Ojciec zapytał jak wrócę do Rzeszowa? Wspomniałam że mam autobus, ale pewnie nie zdążę. Zaproponował ,że mnie podwiezie. Czas był krótki. Ojciec bardzo spokojnie skierował się do samochodu. Ja za nim trochę szybciej. Po chwili jednak przypomniał sobie że coś zostawił. Poszedł na plebanię. Spokojnie wrócił i tak samo spokojnie bez nerwów odpalił auto, przejechał pół Warszawy i dojechaliśmy do dworca. Ku mojemu zdziwieniu autobus jeszcze stał. Podziękowałam ojcu i pobiegłam na przystanek. Podziwiałam Jego pokój wewnętrzny i opanowanie. Miał ogromne zaufanie do Maryi.
            Inna sytuacja związana z książką ks. T. Dajczera pt. "Rozważania o wierze". Zachęcał mnie do kupienia jednego z pierwszych wówczas egzemplarzy, a ja twierdziłam, że mi nie potrzebna, itd. Nie miałam pojęcia, że to kwintesencja duchowości RRN. Ten czas odkąd weszłam do wspólnoty, od kiedy spotkałam ojca A. Buczela  całkowicie odmienił moje myślenie. Otworzył mnie na inny wymiar. Wymiar w którym czuję obecność i działanie w moim życiu Pana Boga. Za przyczyną Maryi, za jej wstawiennictwem modlę się w różnych sytuacjach. Polecam trudne sprawy. Ojciec Andrzej Buczel zwrócił moją uwagę na Maryję. Nauczył mnie żyć zawierzeniem Matce Bożej. Wskazał mi że dzień powinnam rozpoczynać modlitwą zawierzenia Maryi. Ważna jest medytacja na podstawie materiałów RRN i postanowienie na każdy dzień, modlitwa różańcowa, uczestnictwo we mszy świętej w miarę możliwości pełne i codzienne, lektura pisma świętego. Nazywał to środkami otwierania na źródła łaski. Zalecał także uczestnictwo w spotkaniach cotygodniowych, dniach skupienia i rekolekcjach. Mówił że małżeństwo to zespół naczyń połączonych i że moja modlitwa rozlewa się i na męża i dzieci. Cała rodzina i Ci za których się modlę otrzymują łaski. Dziękuję Maryi za to, że przyjęła mnie do swojej szkoły i postawiła na początku tej drogi świętego kapłana ks. A. Buczela.
Joasia